O życiu, wielu jego przejawach i przemianach oraz roli jaką w tym wszystkim odgrywa coaching
...

środa, 30 kwietnia 2014

Miłość NIE JEST uczuciem




A ja się zapytuję, bo nie jestem pewna:
"Jak się czuje miłość?" 
Przeżywa się ją gwałtownie czy delikatnie? Jaki to rodzaj uczucia, czy ma kolor i smak, jakie jest w dotyku? Gdzie się ją czuje? W brzuchu, klatce piersiowej, gardle, genitaliach czy też może w głowie? Kiedy miłość się zaczyna i co sprawia, że się kończy? Czy to coś innego niż zachwyt, wzruszenie, rozpływanie się, błogość i przyjemne bycie z bliskimi w radosnym obdarowywaniu, czy też równoczesne dzielenie się tym, co trudne i boli? A może wszystkie te wrażenia razem wzięte? Czy w pojmowaniu miłości jest miejsce na wyrzeczenia, poświęcenie, cierpienie i lęk przed utratą tego, co najwartościowsze?
Istnieją koncepcje mówiące, że w zasadzie przeżywamy jedynie dwie kategorie uczuć: miłość i lęk. Wszystkie inne emocje wywodzą się albo z lęku, albo z miłowania, a jedno wyklucza drugie, tzn. albo się boisz albo kochasz, tak jak nie można być jednocześnie spiętym i odprężonym. Tylko, że ludzie zdolni są przecież do ambiwalencji czyli jednoczesnego doświadczania sprzecznych emocji! Zastanawia mnie też z jakich składowych zbudowana jest miłość? Założę się, że zależy od jednostki, każdy doświadcza tego na swój sposób.A skąd wiedzieć, że miłość to właśnie miłość?
Ktoś kiedyś powiedział, że aby poznać miłość wystarczy zobaczyć czym ona nie jest, wówczas objawi nam się w całej okazałości.

To, co wydaje mi się szczególnie istotne to zjawiska z którymi często mylimy kochanie.

Pisał o tym już 30 lat temu amerykański psychiatra i neurolog Morgan Scott Peck w swojej kultowej, a przeze mnie dopiero niedawno odkrytej książce pt. Droga rzadziej wędrowana. Najbardziej uderzające jest to, że nie w lęku, a w lenistwie upatruje on przeciwieństwa miłości! Ją samą natomiast definiuje jako świadome otwieranie się i działanie z intencją poszerzenia jaźni drugiej osoby. W moim rozumieniu chodzi o to, żeby przekraczać swoje ograniczenia, opuszczać bezpieczną strefę komfortu i czynić to, co wydaje nam się dobre, rozwijające, właściwe dla drugiej osoby, co sprawia, że ona wzrasta, rozkwita, osiąga spełnienie i lepiej wykorzystuje swój potencjał! Nic bardziej według tego autora błędnego od przyrównywania miłości do uczucia.
Co więcej, oczy otworzą nam się jeszcze szerzej kiedy zrozumiemy,
że miłość na pewno NIE JEST:

ZAKOCHANIEM - a tak bardzo lubimy ten stan, motylki w brzuchu, maślane oczy, porozumienie bez słów i bezkrytyczne spojrzenie na obiekt zauroczenia graniczące z uwielbieniem. Zupełnie jakby ktoś rzucił urok na zakochanych. To nie jest miłość tylko odmienny stan świadomości, który się po prostu przydarza, często bez żadnej konkretnej przyczyny. Dostarcza natomiast potężnej dawki przyjemności. Działamy wówczas pod wpływem ogromnej psycho-fizycznej siły, często przypływającej bezwiednie, poza naszą świadomą ingerencją. Taki stan bliski jest psychozie, do pewnego stopnia przypomina odrealniony sposób odbierania i przeżywania rzeczywistości. ("Miłość to społecznie akceptowana forma obłędu"). Można wówczas mało spać, nie jeść i "żyć miłością" ale na szczęście dla naszych bardziej przyziemnych potrzeb organizmu - ten stan mija. Niekiedy kończy się również związek, bo nagle opadają klapki z oczu i widzimy tą drugą osobę w całej krasie (również tej ciemniejszej), a to może być baaardzo otrzeźwiające. Zdarzają się osoby, które utożsamiają miłość tylko z fazą zakochania i obsesyjnie jej poszukują zmieniając partnerów kiedy emocjonalny high opada.
Podobnie ma się sprawa z matką i jej nowonarodzonym dzieckiem. Tutaj głównie rządzi instynkt i biochemia naszego organizmu. Hormon miłości-oksytocyna łagodzi męki porodowe i "pomaga" nawiązać z dzieckiem bliskość oraz intymność. Stan symbiozy, zjednoczenia i poczucia jedności, które wówczas towarzyszą matce i dziecku są w głównej mierze uwarunkowane biologicznie i mijają w fazie pogłębiającej się separacji (oddzielania) dziecięcia. Niekiedy bywa to dla matek wielce frustrujące, szczególnie gdy przeżywają latorośl jako swoje przedłużenie. Trudniej nawiązać relację z kimś, kto nie jest częścią nas lecz odrębną, indywidualną, samodzielną istotą mającą swoje zdanie i odmienne od nas potrzeby, wartości, dążenia. To już wymaga wysiłku, refleksji, motywacji do zmiany siebie i akceptacji inności.Właśnie wtedy miłość wystawiana jest na próbę pod kątem bycia warunkową lub nie.

Miłość NIE JEST przeniesieniem. Silne emocje wobec jakiejś osoby mogą bardzo przypominać to, co czuliśmy będąc dziećmi do swoich rodziców lub innych znaczących w naszym życiu ludzi. To rodzaj uwarunkowania, szczególnie mocnego gdy wiązało się z niespełnieniem, gniewem, żalem, poczuciem krzywdy i zawodu, które "fundowały" nam ukochane osoby. W dorosłym życiu wystarczy potem, że napotkamy u kogoś cechę lub sposób zachowania, które kojarzymy z pierwotną osobą znaczącą, by wróciły silne uczucia i niezaspokojone potrzeby. Jest to reakcja nieadekwatna, rodzaj odgrywania starej relacji "w nadziei", że tym razem zaspokoi ona nasze potrzeby bliskości, jedności, bezpieczeństwa, bezwarunkowej akceptacji, da nam poczucie bycia ważnym i docenianym. To nie jest miłość, choć często bardzo ją przypomina. Przeniesienie w niektórych koncepcjach terapeutycznych jest ważnym elementem terapii, niekiedy pomaga "przepracować" traumy i trudne, wypierane uczucia. Nie może jednak być zaliczane do miłości dojrzałej ponieważ "odpala się" poza naszym świadomym wyborem.

Miłość NIE JEST uzależnieniem. Kiedy nie możesz bez kogoś żyć to znaczy, że w jakimś stopniu na nim pasożytujesz. Mocne stwierdzenie i zgadzam się z nim. Miłość powinna prowadzić do wolności, przestrzeni, zwiększać wybór i możliwości, a nie zamykać na nie. Człowiek uzależniony jest w pewien sposób ograniczony, zniewolony nałogiem, bardziej niż druga osoba obchodzi go on sam i to, co zyskuje poprzez trwanie w związku. Istotą nałogu jest znieczulanie. Obiekt miłosny jest w tym wypadku potrzebny po to, aby przesłonić nam nasze braki, niedoskonałości, pustkę, samotność, samoodrzucenie lub inne trudne do przyjęcia uczucia. Częste jest wówczas poczucie, iż bez drugiej osoby nie jestem pełnowartościowy, tym samym używam jej do załatania lub zasłonięcia swoich wewnętrznych deficytów Miłość dojrzała może się pojawić jedynie pomiędzy równymi sobie ludźmi, którzy siebie do nieczego nie potrzebują ale decydują sie na dzielenie swojej pełni i wzajemne obdarzanie miłością.

Czym więc jest MIŁOŚĆ?

Przede wszystkim jest DZIAŁANIEM, aktywnością, przeciwieństwem inercji (bezczynności), jest wysiłkiem, świadomym zaangażowaniem, sukcesywnym dążeniem, rozpościeraniem swojego serca, otwieraniem się na to, co płynie od innych, przyjmowaniem zarówno tego, co dobre, jak i ryzyka zranienia. Zawiera w sobie aspekt bezbronności, gdyż obudowani i uzbrojeni możemy jedynie zaoferować twarde mury mechanizmów obronnych i zimnego dystansu. Miłość nie jest tylko ciepłym myśleniem o kimś czy mówieniem: kocham Cię. To DYSCYPLINA, poranne wstawanie mimo wielkiej niechęci, sprzątanie, pranie, gotowanie, dbanie o kogoś, troska, poświęcany czas i uwaga, to oglądanie z ukochanym po raz czwarty "Iron Mena" i pójście do kina na Godzillę bo wiesz, że lubi, to pamiętanie, by kupić żelki, zamiast czekoladek i przygotowanie rysunku, akcesoriów czy przebrania do przedszkola, to odwiedziny w szpitalu i udawanie, że nie słyszysz drobnych uszczypliwości, a dostrzegasz miłość, człowiecze cierpienie i niezaspokojone potrzeby. To codzienne, wytrwałe i do znudzenia powtarzane kocham Cię, przytulanie, uśmiech i gesty mówiące, jesteś dla mnie ważny/a. Miłość czasem pozwala zapomnieć o sobie, o swojej wygodzie, swoim ego, bo bardziej przyjemny i nagradzający jest wyraz promiennego szczęścia i radosnego zdziwienia z przygotowanej niespodzianki, z uprzejmości, zaangażowania i okazanej życzliwości. Miłość nie rodzi się w jednej chwili, trzeba ją pielęgnować z pietyzmem, jak drogocenną roślinę. Jeśli dasz jej żyznej ziemi i światła, będziesz podlewać i doglądać - wyrośnie piękna, silna i dorodna. Tutaj kluczowy jest czas. Nie da się tego wszystkiego zrobić z dnia na dzień, na zapas ani też nadrobić później.


"Jeśli zaczniemy myśleć o miłości jak o działaniu, a nie uczuciu, okaże się, że dzięki temu to słowo automatycznie zacznie się nam kojarzyć z odpowiedzialnością i sprawdzalnością."
/Bell Hooks/

Odpowiedzialność i sprawdzalność. Te dwie jakości budują przestrzeń wolności, zaufania i bezpieczeństwa, pomagają wzrastać w poczuciu sprawstwa i samodzielności. Bez uwikłania i sprzecznych komunikatów typu: kocham Cię ale nie mam dla Ciebie czasu, jesteś dla mnie ważny ale muszę się napić/pracować/sprzątać...

Miłość objawia się w działaniu

I to nie w każdym. Jak pisze Brene Brown w Darach niedoskonałości:

"Nie wiem, czy można kogoś kochać i jednocześnie go zdradzać lub być dlań okrutnym, ale z pewnością nie okazujemy w ten sposób miłości. A w miłości osobiście bardziej zależy mi na czynach niż na słowach. Chcę kogoś, kto będzie ją okazywał, a nie tylko o niej mówił."

Ku przestrodze niepewnego jutra i uciekających chwil:

"Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć „jak mi przykro”, „przepraszam”, „proszę”, „dziękuję” i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni." 



/Gabriel Garcia Marquez, List pożegnalny/
 

"Miłość jest sercem życia, a serce źródłem miłości. Trzeba dotrzeć do jądra własnej istoty, aby odnaleźć miłość, stanowiącą sens i spełnienie życia" /Alexander Lowen, Miłość, sex i serce/ 

Na złagodzenie tych podniosłych cytatów wierszyk przeczytany kiedyś w pamiętniku:

Miłość to takie uczucie
potrzebne jak dziura w bucie
Lecz gdyby dziury w bucie nie było
To jakby się nogę do niego włożyło?

"MIŁOŚĆ to energia, która rozciąga, otwiera, wysyła, zostaje, odsłania, ofiarowuje, goi. Strach to energia, która kurczy, zamyka, wciąga, ucieka, chowa, gromadzi, szkodzi." 
/N.D. Walsh, Rozmowy z Bogiem/

Którą wybierasz i decydujesz się wprowadzić w ruch?

Myślę, że miłość to esencja życia, siła sprawcza i nadająca sens, której brak często jest przyczyną nieszczęść i ludzkiego cierpienia. A jakby nie było - miłość ZAWSZE  jest dobrą ODPOWIEDZIĄ...

Sprawdź!

sobota, 22 marca 2014

Niedoskonałe i właśnie dlatego wspaniałe

Elvis  Presley dostał  kiedyś jedynkę z muzyki i usłyszał, że nie powinien rzucać dla śpiewania pracy kierowcy ciężarówki,  
Michaela Jordana wyrzucili z liceum ze szkolnej drużyny koszykówki,
Przeminęło z wiatrem zostało odrzucone trzydzieści osiem razy, zanim znalazło wydawcę,
Walt Disney stracił pracę w gazecie bo szefowie uznali, że brakuje mu wyobraźni.

Na tym właściwie mogłabym zakończyć ten post...

Co by było gdyby te wszystkie osoby zrezygnowały ze swoich marzeń uznając, że do nich nie dorastają, że czegoś im brakuje, że nie są wystarczająco zdolne? Jak często rezygnujemy ze swoich zamiarów bo nie idą po naszej myśli lub ktoś powiedział, że się nie nadajemy? Ile razy słyszymy i (lub) powtarzamy sobie, że na pewno się nie uda i obwiniamy życie, los lub Boga za to, że nie jest tak, jakbyśmy chcieli, a ludzie nie są tacy jacy według nas ”powinni być”?

Nieidealne jest życie. I my sami. Nasze postępowanie w domu i pracy, nasze dzieci i efekty codziennych zmagań. Jesteśmy w związkach pozostawiających wiele do życzenia, nawet pieczołowite plany na przyszłość okazują się do poprawki. Trudno przyjąć tą prawdę. Poszukujemy tego, co doskonałe, jako substytutu, gwaranta szczęścia, bezpieczeństwa i spokoju, a czasami jako miernika naszej wartości...

A co, jeśli nasze wady to tylko rewers naszych atutów. Czy nie jest tak, że czasami nie wykorzystujemy swoich zalet żeby przypadkiem nie uświadomić sobie swoich słabości? Cierpliwość, odwaga, akceptacja, mądrość i szacunek - wszystko ma swoje granice, nie jesteśmy miłujący, empatyczni i efektywni w działaniu przez 100% czasu. Tak samo jak porażki, lęki i depresje nie trwają przez cały czas. Dla równowagi, pełni i harmonii potrzebujemy mieć kontakt zarówno ze stanami zasobnymi jak i deficytowymi.

Ponoć im jaśniejsze światło tym ciemniejsze cienie... 

a poza tym:

„Nie obawiaj się perfekcji;
I tak nigdy do niej nie dojdziesz”
/Salvador Dali/

Łaciński rdzeń słowa perfekt oznacza skończony, a nie bez skazy.
To mit, że coś może być w pełni doskonałe. Zawsze bowiem pojawi się zarzut, choćby taki, iż nie ma się do czego przyczepić, że coś jest tak idealne, że aż…nudne. Jak w tym eksperymencie ze "złożeniem" kobiety idealnej. Wychodzi nieco sztucznie i wbrew oczekiwaniom nie rzuca na kolana...
Ludzie nie lubią idealnych osób, bo wskazują na ich własne niedoskonałości. Poza tym to nasze drobne wyłomy w charakterze, historii i osobowości nadają niepowtarzalnego rysu naszej całej istocie. Nawet w przyrodzie nie uświadczysz obiektu o idealnych kształtach. Z natury jesteśmy niesymetryczni, nasze życie usłane jest niepowodzeniami, błędami, pomyłkami i zawodami. Nieidealne są nasze ciała. Trudno znaleźć takie, które nie miałoby żadnej skazy.

Może zamiast nieidealnym lepiej nazywać je niepowtarzalnym? Nasze niedoskonałości są darem, to one czynią nas jedynymi w swoim rodzaju

Skoro dążymy do ideału to znaczy, że mamy jakąś skończoną wizję, którą chcemy osiągnąć, wzór, który pragniemy powielić. Łatwo w nieskończoność przesuwać tą granicę dążąc do wyimaginowanego ideału...Być może z podświadomego lęku przed zakończeniem zadania, uznaniem naszej wystarczalności tu i teraz i zmierzeniem się z nowymi wyzwaniami?

Sama jestem nieidealna, zarówno w domu jak i w pracy. Trudno mi się do tego przyznać. Podobno zwycięzcy asocjują się (utożsamiają) raczej ze swoimi sukcesami. Tymczasem ja głęboko przeżywam to, że zaniedbuję swoje obowiązki i poczynione obietnice. Zapominam o ważnym telefonie czy złożeniu życzeń. Mnożę zadania do wykonania i wyliczam sprawy zaniechane. Tworzę niekończące się listy "To Do" i ganię za ich niezrealizowanie. Nieodmiennie pomijam jedną, najważniejszą rzecz, która powinna znaleźć się na szczycie tych wszystkich punktów:

Dobrze się ze sobą samym obchodzić

„Życie nie oczekuje od nas bycia najlepszym, lecz dawania z siebie tego, co najlepsze" 
/Johannes Thiele//

W y s t a r c z y

Jak często sobie to powtarzamy? Dzisiejszy świat gorąco namawia nas by sięgać po więcej, mierzyć wyżej, iść dalej. Ponad wszystko przekraczać swoje ograniczenia, sięgać szczytów swoich możliwości. P r o d u k t y w n o ś ć. Gdzie jest granica?
Kiedyś zajęłam 2 miejsce w olimpiadzie biologicznej. Koleżanka była drugim najlepszym sprzedawcą miesiąca. Wiecie jakie od razu padało pytanie: a kto był pierwszy? Na długie lata wyryło się w mojej glowie mamine „A czemu nie szóstka”, na każdą otrzymaną piątkę w szkole. Dlatego... 


Zdałam sobie sprawę, że temu światu nigdy nie wystarczy to, co kiedykolwiek zrobię.
Dawanie z siebie tego, co najlepsze to wystarczająco dużo. Dawanie tego, na co mnie w danym momencie stać bez zbędnego poświęcania się i nadwyrężania. Tak ciężko dziś wykroić chwilę dla siebie, marnować czas bez usprawiedliwienia, żyć bez szczytnej misji czy użytecznego celu. Niełatwo po prostu być, a pozwolić sobie na wady i niedoskonałości to dopiero wymaga odwagi. Wartościujemy życie swoje i innych, wyrażając żal i boleść nad czyimś, w naszym przekonaniu gorszym losem, a przecież:

„Bóg nigdy nie żałuje żadnego aktu stworzenia"
/Regina Brett/ 

Obserwując moją córkę Rózię, która na ulicy lub w centrum handlowym bez skrępowania śpiewa, tańczy i udaje kowbojkę, często zastanawiam się kiedy zatracamy taką spontaniczną ekspresję, kiedy się usztywniamy pozbywając swobody wyrażania? Dlaczego tak rzadko i często z oporem podejmujemy zupełnie nowe wyzwania? Z obawy przed pomyłką, błędem lub niepochlebną oceną?
Gdyby wszyscy ludzie czekali aż nabiorą odpowiednich kompetencji, by ich działaniom nie można będzie niczego zarzucić świat zapewne stanąłby w bezruchu... A ewolucja? Aberracje (odchylenia) podziałów komórkowych, błędy genetyczne skutkujące powstaniem nowych, zróżnicowanych organizmów...Jaką mielibyśmy motywację do wzrastania, zmiany i rozwoju gdyby wszystko układało się po naszej myśli? Skąd czerpalibyśmy wiedzę o dalszym kierunku naszych poczynań?


   Jak cicho byłoby w lesie gdyby śpiewały tylko najzdolniejsze ptaki"
/Leo Buscaglia/
Doskonałość nie istnieje, to iluzja, pozory. Niekiedy sami bojkotujemy swoje przedsięwzięcia stawiając sobie nieosiągalne wymagania. Dom wcale nie musi być wykończony, by można było w nim mieszkać...Warto sobie zakodować, że to, co w nas niedoskonałe stanowi o naszej wyjątkowości i jest potrzebne. Do akceptacji, zatrzymania i rozwoju. Do wolności bycia sobą takim jakim się w danym momencie jest. I otwarcia na tą cudownie niedoskonałą inność w drugim człowieku.

„We wszystkim są pęknięcia i szczeliny, bo dzięki temu może tu dotrzeć słońce”.
Anthem (Hymn) Leonarda Cohena

Ilu z nas stara się ukryć te pęknięcia, tak by się dopasować, wyglądać na lepszych niż naprawdę są?
Dary niedoskonałości…. to te, które z niej płyną. Taką mam dedykację w książce Brené Brown. Zgadzam sie z nią.
A Ty?


 INSPIRACJE:

Brené Brown: "Dary niedoskonałości"
Johannes Thiele: "Zmień swoje życie"
Leo F. Buscaglia: "Radość życia. O sztuce miłości i akceptacji"
Regina Brett: "Jesteś cudem"

czwartek, 27 lutego 2014

"Rozpadamy się i jest fantastycznie" ? ? ?

Muszę pisać. To silniejsze ode mnie. Malować też. Szczególnie w chwilach rozwałki. Podobnych do tej. I czytać i słuchać ludzi też muszę. Zawsze chciałam, by moje słuchanie otaczało innych ciszą w której będą w stanie usłyszeć prawdę o sobie samych. Lubię słuchać Bogdana Białka, naczelnego Charakterów, bo jak trafnie określiła to moja dobra koleżanka po fachu: przyjemnie się go słucha, nawet gdy nic nie mówi...To dopiero sztuka.
Tak więc coś mnie wzywa, rozrywa od środka, wena męczy, świdrujące myśli wiercą dziurę w mózgu. Muszą zostać wyrzucone i przelane na papier np. w postaci pisemnej lub mandalowej. Nieważne czy są użyteczne i czy mają jakikolwiek pożytek. Są moje i są ważne, powtarzam to jak mantrę. i mam prawo je wyrażać. Mnie ulży, może jeszcze komuś. Choć mam gdzieś czy ktoś to rozumie czy nie.Chcesz pojąć? Są słowniki i można zapytać autora, co miał na myśli. Póki żyje ;-)

Czasem dopada mnie taki burzliwy stan wewnętrzny, tajfun przetacza się przez moje jestestwo, przez ciało, emocje i umysł, dotykając samego środka mojej duszy... Czymkolwiek ona jest.

Zawsze zastanawiam się co wtedy robić. Wykrzyczeć to, wytańczyć czy też wyoddychać. Zmalować coś? Niektórzy wyrzygują lub przesypiają kryzys. A może rzucić się w wir obowiązków i czekających zadań czy może lepiej zanurzyć się w cudownym stanie bezruchu? Zjeść kolejną kromkę z nutellą czy przełamać się i poprosić o wsparcie? Eeee, trochę trudno przestać udawać ostoję i nauczyć się przyjmować. To takie miękkie, odsłaniające, narażające na ciosy i niedostanie... Tak, zdaję sobie sprawę z miejscowych przerostów formy nad treścią, których się tutaj dopuszczam, z nawarstwienia semantyki (musiałam wygooglować) czyli nadprodukcji znaczeń. Uwielbiam pieścić słowa czy namalowane linie, to dla mnie symboliczne ogarnianie wewnętrznego bałaganu i nadawanie mu ładniejszej struktury. Przynajmniej taka korzyść z bałaganu. Bo dawno utraciłam nadzieję na względnie dłuższe ustabilizowanie mojego stanu. Po prostu sytuacja zewnętrzna ciągle ulega zmianie i wymagając reagowania nieustannie wzywa do odpowiedzi. A ta, raz udzielona, w kolejnej sytuacji okazuje się całkiem nieadekwatna. Warto być czujnym, żeby się nie zatracić. Trzeba nadążyć, by nie zostać w tyle.

A może to jest definicja szaleństwa - nie posiadać żadnego stałego punktu odniesienia?

 Przede wszystkim nie mieć go w sobie... Wtedy zostaje codzienna, mozolna praktyka, nudne lecz dające przewidywalność rytuały pomagające odnaleźć się i złapać balans z przepływającym życiem. I jeszcze uznane wartości oraz ustalone znaczenia i reguły. Taka namiastka przystani i opoka stałości. Granice jako zawór bezpieczeństwa.

A może to jednak iluzja? 

Utrata połączenia z tym, co ważne i nadające sens sprawia, że dryfujemy bez składu i ładu tam, gdzie akurat wiatr zawieje lub gdzie podążają inni. Łudząc się, że to nasz kierunek...

Czy to kwestia podjęcia decyzji, posiadania dobrej mapy czy po prostu zaufania? Czasami trzeba precyzyjnie zaplanować swój los, a czasem pozwolić mu na przewodzenie. Byle odpowiedzialnie, bez nadmiernego siłowania się i odpuszczania. W zgodzie ze sobą przede wszystkim. I warunkami zewnętrznymi. Też naszymi możliwościami. Choć można ponoć przekraczać swoje granice lub inne. Nazywają to cudem, bohaterstwem lub mistrzostwem. A może to masochizm? Przekraczanie siebie-konieczność czy samogwałt?  
Znajdź tu człowieku w tym nieskończonym morzu opcji i możliwości to, co najlepsze i najodpowiedniejsze. Jak miło, przyjemnie i bezpiecznie mieć sprawdzony schemat, gotowy system wiary czy nauki, przepis na idealną pracę czy udany związek. Najlepiej gdy wypróbowano je już wcześniej. Nie trzeba się wysilać, tylko przyłożyć wzorzec. A jak nie pasuje to wściec się na wzorzec, jego autora lub zmienić partnera. Albo szefa. Samemu nim się stać.i stworzyć własny sposób na życie. Od razu odezwą się wszyscy ci, co wiedzą lepiej, "znają życie" i dokładają swoje grosze do naszego, pół biedy jeśli tylko trzy te grosze. 

W takich chwilach zamętu wiem, że nic nie wiem i potrzebuję ciszy w środku, by na nowo się odnaleźć. I tak bez końca...

Może lepszy jest sposób Tao te Chinga;

"Kto wie, nie mówi, kto mówi, nie wie. Uśpij zmysły, zamknij bramy, stęp, co ostre i uprość co złożone, przyćmij światło, pojednaj się ze światem. Zwie się to tajemną jednością."

Łatwizna, pikuś ;-)
A w praktyce:

"Musimy przestać ukrywać łzy i zacząć się nimi naprawdę dzielić. Trzeba być silnym żeby płakać. A jeszcze silniejszym, żeby dać innym zobaczyć te łzy. Musimy być na tyle silni żeby móc pozwolić sobie na słabość, niezależnie od tego, kto nas zobaczy"
/Regina Brett/

Niespodziewanie otrzymałam jeszcze taką odpowiedź, z pomocą przyszedł T. Harv Eker:

"Nauka jest prosta. Jeśli chcesz wejść na wyższy poziom życia, musisz być gotowy na to, żeby "się puścić" - porzucić stary sposób myślenia i bycia, i przyjąć nowy. Wyniki w końcu zaczną mówić same za siebie."

piątek, 21 lutego 2014

Wszystko jest połączone czyli o logice serca

W nic bowiem w świecie nie wierzę tak głęboko, żadne inne wyobrażenie nie jest mi tak drogie jak wyobrażenie jedności, jak pogląd, że cały świat jest boską jednią i wszelkie cierpienie, wszelkie zło polega tylko na tym, że my, poszczególni ludzie, nie czujemy się już nieodłącznymi cząstkami tej całości, że Ja przydaje sobie zbyt wielkie znaczenie.
/Hermann Hesse/
                            "Naucz się widzieć. Zrozum, że wszystko łączy się ze wszystkim innym"

Miałam pisać o przepływającym życiu, o poszukiwaniu misji i definiowaniu tożsamości. Będzie o czymś innym ale na pewno spójnym z zaczętymi acz odłożonymi na później tematami. Serce teraz rządzi i dławiącą nieustępliwością kazało mi to wyrazić. Bo niepotrzebnie ostatkiem sił broniło się przed tą prawdą…

Dzieci posiadają pewien rodzaj naturalnej mądrości, nieskażonej sztywnymi pojęciami i ograniczonymi poglądami dorosłych. Dlatego często dostrzegają rzeczy, których nie widzimy lub które nauczyliśmy się pomijać, na które zapomnieliśmy patrzeć. Mnie nieustająco przypomina o tym Rózia, np.:
„Słońce świeci, żeby nas uszczęśliwić”
„Widzisz mama, drzewa stykają się z niebem, niebo dotyka chmur i wiatru, a poprzez ziemię łączy się z robakami i nami, bo na niej stoimy. Wszystko jest ze sobą połączone.”

         "Nigdy nie oddzielisz jednego życia od drugiego tak jak nie rozdzielisz bryzy od wiatru"

Jak często tego nie zauważamy. W teoretycznie zaawansowanym społeczeństwie w którym mamy przywilej żyć dzieje się tak, że życie jednej osoby ceni się wyżej niż innej, opierając się na założeniach, że jedną z nich stać na prywatną opiekę medyczną, a druga musi korzystać z państwowego funduszu. Na jakiej podstawie sądzimy, że wycinanie lasów tropikalnych w celu doraźnego stworzenia stanowisk pracy, nie zainicjuje łańcucha klęsk żywiołowych, które sprowadzą nieszczęście na wiele przyszłych pokoleń? Czy mamy ślepo ufać, że pestycydy, antybiotyki i hormony zawarte w pożywieniu nie wpłyną na nasze funkcjonowanie na poziomie fizjologicznym, emocjonalnym i rozrodczym? A to co się dzieje na Ukrainie czy w krajach Trzeciego Świata? Nie dotyczy nas, nie obchodzi, czy porusza i jednocześnie czyni odpowiedzialnymi?

Postrzeganie siebie-w-stosunku-do-wszystkiego-co-istnieje to sedno teorii o związkach i wzajemnych zależnościach. Miejmy świadomość, że każda myśl, wypowiedziane czy napisane słowo, energia emocji i działań roztacza kręgi, odbija się szerokim echem i zostawia ślad. Czasem jest to reakcja innych, pozostawione po sobie wybitne dzieło lub doszczętne spustoszenie. Na szczęście mamy możliwość wyboru własnych działań w świecie, choć nie do końca możemy przewidzieć ich ostateczny skutek. Szalenie ważna jest intencja z jaką kierujemy swoją energię do świata. Czy uśmiechamy się do kogoś z radości i życzliwości czy chcemy celowo wzbudzić w kimś sympatię lub zamaskować swoją wrogość…

 "Nawet trzepot skrzydeł motyla może wywołać huragan na drugim końcu świata". 

Na fizyce nauczyli mnie najważniejszej rzeczy: wszystko wpływa na wszystko. Reakcje łańcuchowe, przyczyna, skutek i cel. To jest teoria chaosu. Ponieważ każdy, nawet najmniejszy szczegół ma wpływ na następujący ciąg wydarzeń - z pozoru nic nie znaczący detal może zapoczątkować coś ogromnego...


W dostrzeżeniu połączeń często przeszkadza umysł tworzący sztuczne granice i podziały. Na przykład udowadnianie (?!), że Bóg istnieje, naukowe tłumaczenia osiągnięć fizyki przekraczające możliwości logiki, szukanie ram pojęciowych dla doświadczeń którym brak słów, zbiegi okoliczności uzasadniane rachunkiem prawdopodobieństwa lub prawem serii, próby rozstrzygnięcia: synchroniczność czy telepatia, szczytowe, graniczne doznania transcendentalne czy reakcje mózgu nadmiernie lub niedostatecznie natlenionego?
Skoro istnieje rzeczywistość linearna, logiczna, ograniczona prawami fizyki, to na prostej zasadzie przeciwieństw musi istnieć ”druga strona” czyli świat wzajemnych zależności, przenikających się powiązań, nieuchwytnych i niematerialnych znaczeń jako opozycja do tego, co widzialne i namacalne.
Dalajlama pięknie pisze o współpracy serca i umysłu oraz rozróżnieniu miedzy zależnością i niezależnością które osiągamy w miarę dojrzewania

„Kiedy się starzejemy, czasami nam się wydaje, że jesteśmy zupełnie niezależni; nie potrzebujemy pomocy innych i jesteśmy dla siebie wszystkim. Nie dostrzegamy pozytywnej wartości uczucia (…) Choć rozwija się nasz umysł, poszerza nasza wiedza, inny aspekt naszego człowieczeństwa – dobre serce- nie nadąża za umysłem. Z tego powodu wiedza staje się bardziej destrukcyjna i zaczyna wywierać negatywny wpływ. Dzisiejszy świat jest bardzo skomplikowany i wiele w nim cierpienia spowodowanego brakiem współczucia i miłości. (…) Jeśli cierpi cala planeta, to my cierpimy również. Jeśli cała planeta doświadczy więcej pokoju i harmonii, to i my doświadczymy tego samego. Dlatego też każda jednostka ponosi odpowiedzialność wobec ludzkości.”

Nie da się przeżyć życia w izolacji bez ponoszenia dotkliwych kosztów i uwłaczania tym samym innym przejawom życia. Życie wydarza się przede wszystkim w relacji do innych. Wszelkie bariery oprócz złudnego poczucia bezpieczeństwa generują lęk i osamotnienie. Burzenie murów może być wyzwalające ale też odsłaniające. Bo narażamy się wtedy na bycie zauważonym, dotkniętym. Czasami dotkniecie miłości bardziej boli niż dotyk nienawiści, budzi uśpione potrzeby i tęsknotę za ich zaspokojeniem oraz żal, że tyle czasu zmarnowało się w zamknięciu. To jak wyjście z więzienia, gdzie reguły były jasne i pilnowane przez kogoś z zewnątrz. A tu mamy do czynienia z wolnością i nieprzewidywalnością, z tym, że wszystko wpływa na wszystko. a wszystkiego nie da się przecież kontrolować! Ale możesz za to zaobserwować tą misterna sieć wzajemnych zależności, co pewnie okaże się bardzo fascynującym, coachingowym zajęciem. 

Przepuszczając staruszkę na przejściu dla pieszych może Ciebie (i ją) pozytywnie nastroić na początek dnia. Drobne akty życzliwości i uprzejmości rozmnożą się i rozprzestrzenią. Nigdy nie wiesz jak wiele zdziała Twoje dobre słowo, poranny czuły sms czy odkrywanie przed kimś swojego serca. To może mieć kosmiczną MOC. Zobacz te wzajemne wpływy, dostrzeż jakie znaczenie i konsekwencje niesie Twoje otwarcie lub zamykanie się innych. Nieustannie doświadczam wpływu własnej, wewnętrznej oraz interpersonalnej pracy na jakość relacji z klientami i grupami. Jest też dużo prawdy w tym, co mówi Eckhart Tolle, że "jak dojdziesz do ładu z własnym wnętrzem, wówczas to, co zewnętrzne, samo się ułoży."

Rozdzielanie i odgraniczanie sprawia, że nie rozwijamy opartej na uczuciu i dojrzałych emocjach koncepcji siebie w-stosunku-do-innych, dzięki której moglibyśmy osiągnąć wyższy stopień mądrości i odczuwania. Jeśli logika linearna nadal będzie rządzić naszym światem nigdy nie zdołamy się porozumieć i osiągnąć pełni, bo niektórych dylematów moralnych i problemów nie sposób traktować zero-jedynkowo.
Do niedawna byłam specjalistką od domykania i graniczenia, od zamykania się na innych i niwelowania wpływu jaki mieli na mnie. Ostatnio ostrożnie odkrywam, z nieustającym zadziwieniem i zachwytem, że świat stwarza więcej możliwości tym, którzy są otwarci. Staje się wtedy bardziej magicznym miejscem.
 Czyż nie? :-)


czwartek, 23 stycznia 2014

Co ma uważność do nieuwagi na drodze czyli jak i po co wjechałam w ciężarówkę?

            To był raczej spokojny dzień, zaproszenie z PTP-u oddział w Bielsku-Białej do przeprowadzenia zajęć z psychologii pozytywnej, coachingu i mindfulness czyli uważności. Zapotrzebowanie było na ćwiczenia wizualizacyjno-oddechowe, tak też potoczyło się spotkanie. Ponieważ nieco wydłużył nam się czas realizacji zgodziłam się podwieźć organizatorkę do domu. Uczyniwszy to wracałam już sama.

Był wieczór, ciemno acz spokojnie. Skręcając w lewo obok hotelu Magura sytuacja wyglądała następująco: na prawym pasie niebieska ciężarówa, lewy wolny. Decyzja szybka, nieco automatyczna gdyż nie lubię jeździć za tym, co tirowate. Raz, że nic nie widać i taki moloch przejedzie sobie na żółtym, a ja wtedy z rozpędu wpakuję się w czerwone, a dwa, że strach jakiś klaustrofobiczny ogarnia. No dobra, przydają się na słabo oświetlonej drodze w roli swoistych żarówek…

Tym razem ten się nie przydał. Wciąż mam w pamięci kluczowy moment decyzyjny, kiedy stwierdziłam, że jednak wjeżdżam na lewy pas, bo będę sama, wolna i swobodna, zdążę wyprzedzić. Sęk w tym, że moja świadomość była jeszcze na prawym pasie nie nadążając za procesem myślowym i dalej realizowała plan lewoskrętu z długim łukiem. Ze skutkiem natychmiastowym  zatrzymania się gdzieś w połowie ciężarówki na szczęście ocierając o nią tylko jak się później okazało. Pierwsza moja myśl jednak kreowała wizję skasowania prawej części automobilu. Nie zważając na kierowcę kiwającego z politowaniem głową automatycznie wyciągnęłam komórę i wykonałam telefon do najlepszego w takich momentach przyjaciela czyli mojego męża. Nic to, że pierwsze były niecenzuralne słowa zamiast oczekiwanych: "Kochanie, nic ci nie jest?” ważne, że szybko się pojawił donosząc zostawione w domu prawo jazdy (wszak niedaleko jechałam). Pech, licho czy niefart jakiś chciał, że z nienacka pojawiły się służby mundurowe i wielce mili panowie ukontentowani najbardziej chyba tym, iż w nowym bloczku mogą wypisać mi sowity mandat. Drugi wyrzut przekleństw mojego męża był właśnie w momencie ujrzenia owego mandatu. Trzeciego nie było bo samochód sprawny i ledwo draśnięty.
Ciekawe rzeczy dzięki temu wydarzeniu zaobserwowałam w swoim umyśle, emocjach i ciele. Na początku działałam bardzo sprawnie, przytomnie, żartując sobie nawet z całej sytuacji. Jak już wsiedliśmy po wszystkim z mężem do samochodu-rozryczałam się na całego, mocno, głośno i rzewnie. Potrzebne mi to było, dobrze, że sobie pozwoliłam.  Na drugi dzień dopiero poczułam ciało. Ciężkie, zmęczone, jakby przeniosło wcześniej tonę węgla. Wymagało odpoczynku. Bądź co bądź to był szok, stres, strach…
Rozkminiając potem to wydarzenie zachodziłam w głowę jak to możliwe jechać w całkowitej swobodzie, nieśpiesznie, z odprężonym umysłem i świadomością niezmąconą i tak po prostu wjechać w ciężarówkę? Opcje były następujące:

- Czasami jednak warto wziąć ostrzejszy zakręt (moja interpretacja)
- Czasami trzeba w coś przywalić (refleksja Michała)
- Czasami lepiej jechać za czymś większym (sugestia terapeutki psychodynamicznej)

I wszystkie pasują. Bo tak jakoś coachingowo mam, że lubię wyciągać pozytywy z pozornie porażkowych doświadczeń. Ostrzejszy zakręt oznacza odwrócenie się od tego, co mi nie służy, konieczność zwolnienia, by z takiego zakrętu nie wypaść. Przywalić trzeba, szczególnie kiedy na szali jest moja godność, moje granice i wartości. A podążanie za kimś pomaga w chwilach, kiedy nie mamy jeszcze dość sił by wjechać na swoją drogę. Zbyt szybkie zboczenie z trasy może okazać się kolizyjne i generować straty na polu materialnym i życiowym.

Takie oto nauki z owego wydarzenia wyciągam. Bo wszystko co nas spotyka czy spotykamy my może być nauką. Od nas zależy czy odbierzemy tą lekcję czy pójdziemy na wagary. I jakie wnioski dla siebie wybierzemy, jaką historię na ten temat zbudujemy. Ja wolę historie, które wspierają i tworzą solidny fundament, a Ty?

wtorek, 14 stycznia 2014

32 lata temu około godziny 5.00 nad ranem przyszłam na świat...

Nie lubię tych facebookowych powiadomień, aplikacji o urodzinach i przypominajek. Kto ma wiedzieć, to wie, kto pamięta, ten ma na uwadze, a jeszcze inna sprawa otrzymać osobiste, od serca pisane, z wiedzą o kimś (a nie cięgiem na zasadzie kopiuj wklej listy kontaktów jak na święta czy Nowy Rok) życzenia...

To prawda, wszystkie miłe, cieszą i choć miałam sobie odmówić w tym roku nagłaśnianie faktu moich urodzin to postanowiłam nie pozbawiać się tej przyjemności i nawet poprosić o życzenia. Ostatnio mój bliski znajomy uczynił to smsowo, co wielce mnie zaskoczyło, trochę rozbawiło ale też wzbudziło szacunek do odwagi dbania o swoje potrzeby i upominanie się o ich zaspokojenie. 

Bo to jak by nie było takie pozytywne zaklinanie rzeczywistości w afirmujący, życzliwy sposób. Nagle tylu znajomych o Tobie pamięta, dobrze o Tobie myśli, niektórzy nawet zastanawiają się, przemyślą czego Ci potrzeba i czego tak naprawdę chcesz, ofiarując Ci to w postaci życzeń...

Dla mnie to czas podsumowań minionego roku, przegląd wydarzeń i zbierania w sobie energii do realizacji nowych. Nie mam w sobie ciśnienia z tytułu upływającego czasu. Poza siwizną na włosach jego ząb ewidentnie mnie oszczędza. 

Miniony rok nauczył mnie przede wszystkim wdzięczności i doceniania tego, co mnie spotyka. Jakoś tak się działo, że z reguły spotykałam dobrych, życzliwych mi ludzi i przeważnie cieszące mnie propozycje zawodowe. Były próby i dary przyjaźni, tradycyjne przeładowanie akumulatorów ale też chwile zwolnienia i totalnego resetu. Cieszy mnie wieloletnia współpraca z Instytutem Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego, bo pozwala mi "wyżywać się" coachingowo, szkolić innych w tej dziedzinie i realizować autorskie projekty. Jestem również zbudowana wejściem do zespołu BiznesTube jako coach wewnętrzny i trener, gdzie otrzymałam nawet swoją ksywkę (krecik) jako odpowiedzialna za udrażnianie komunikacji i wyjaśnianie relacji w zespole. Jestem dumna z uzyskanej rekomendacji trenerskiej I stopnia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i tego, że mogę robić coraz więcej zajęć rozwojowych, coachingowych, które lubię (Kluby Coacha, grupy coachingowe podstawowe, wakacyjne i zaawansowane, zajęcia wellnessowe, pisanie, malowanie mandali, sesje indywidualne) i czerpać z tego czystą przyjemność...

Oczywiście obok tego toczyła się moja praca psychologiczna i mimo, że nie określiłam jeszcze swojej wąskiej specjalizacji to daję sobie na to przyzwolenie i czas, bo wszelkie próby przyspieszenia tego procesu kończyły się frustracją i szybkim powrotem do "chwytania kilku srok za ogon". 

Wiem, że bliski mojemu sercu, ciału i mojej duszy jest temat dążenia do pełni, tak jak ją sobie w danej chwili zdefiniujemy. A jak to zrobić, pozostaje już kwestią strategii i metod. Czy to będzie praca coachingowa indywidualna lub grupowa, choreo, arteterapia czy praca z ciałem, oddechem to tylko narzędzia samorealizacji, odblokowywania potencjału i odkrywania możliwości.

Czego jeszcze nauczyłam się w minionym roku?

Przede wszystkim dbać o siebie. Dopiero teraz zaczynam rozumieć na czym to naprawdę polega i czym różni się od zaspakajania podstawowych potrzeb, by w miarę efektywnie funkcjonować. Uczę się zrównoważenia, odpoczynku bez poczucia winy, asertywnego przyjmowania i stawiania granic. Zaczynam p r z y j m o w a ć z autentyczną wdzięcznością zamiast odruchu natychmiastowej rekompensaty i nieprzyjemnego uczucia zadłużenia. Wyzwaniem jest dla mnie otwarte ujawnianie się, dawanie siebie światu taką jaka jestem, a nie jaka powinnam być. Pozwalam sobie na więcej, odpuszczam, odmawiam (?!). Kiedyś w imię źle pojętej lojalności trudno mi było odejść nawet od tego, co mi nie służy. I bardziej siebie odczuwam. Dzięki praktykom medytacyjnym, oddechowym, tanecznym i malowaniu, dzięki zostawianiu przestrzeni na przeżywanie. Daję czas, sobie i innym.

Takim przełomem dla mnie było kiedy podczas jednego ze spóźnionych poranków fuknęłam na Rózię, że coś za wolno czy opieszale itp. Na to ona, kiedy zapytałam, czy ją uczesać, zrezygnowanym głosikiem powiedziała: 
"Nie, nie chce ci zabierać czasu"...
Ręce mi opadły, zawstydziłam się i uświadomiłam, że czas mojego życia to właśnie takie chwile i żadne spóźnienie się nie jest ważniejsze od nieśpiesznej drogi z moją córką do przedszkola. Bo mogę przegapić takie momenty jak przeskakiwanie płytek chodnikowych, omijanie kałuż, zachwyt nad rysunkiem na tablicy czy uściski na pożegnanie wraz z życzeniami na dobry dzień...

Czego sobie życzę na urodziny?

"Pragnę być tolerancyjny, nie przymykając na nic oczu;
stawać się lepszy, nie zauważając tego;
stawać się smutniejszy, ale żyć z ochotą;
stawać się pogodniejszy i cieszyć się szczęściem innych;
nie należeć do nikogo, ale w każdym wzrastać."
/Elias Canetti/

Wiele takich osób już spotkałam na swojej drodze, w życiu osobistym, zawodowym, w przelotnym mijaniu się i trwałym celebrowaniu więzi. Niektóre są przy mnie obecne na co dzień, a z innymi widuję się od czasu do czasu. Innych spotkałam jeden raz, na zajęciach lub całkiem nieoczekiwanie. Odkryciem było dla mnie, że każda relacja może być okazją do wzrastania ale szczególnie blisko mi do tych, których poznałam i obdarzyłam przyjaźnią miłością, szacunkiem, o których ładnie mówi Elisabeth Kübler-Ross:

"Ludzie są jak witraże. Lśnią i mienią się, gdy świeci słońce, ale gdy zachodzi, ich piękno może się ujawnić tylko wtedy, jeśli sami mają w sobie światło" 

Nie będę tu robić oskarowej wyliczanki komu i za co dziękuję, bo jeszcze kogoś mogłabym pominąć lub wskazać wbrew jego woli. Mam nadzieję, że wiecie o tym, jak jesteście dla mnie ważni i daję wam to na bieżąco odczuć.
Indianie Hopi mają takie powiedzenie: "Jeśli ktoś widzi nasz taniec, słyszy mowę naszych serc". My ślę, że dotyczy to każdego aktu ekspresji. Sporo odwagi trzeba, by pozwolić innym słuchać swego serca ale jak mówi moja ostatnio ulubiona Brené Brown:

"Życie jest zbyt krótkie na udowadnianie, że nic nam nie trzeba i że w pełni panujemy nad sytuacją, zamiast się śmiać, tańczyć i śpiewać"

Tak więc czekam na prezenty, życzenia, urodzinowe cuda i wszelkie pomyślności. Niech się dzieją teraz i każdego następnego dnia :-)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Czasem trzeba umrzeć aby zacząć żyć…



„Kiedy próbujemy kurczowo trzymać się życia, tracimy je. Jesteśmy jak martwi. Natomiast kiedy przestajemy próbować za wszelką cenę utrzymać się przy życiu, ożywamy.” /Colin P. Sisson/

  Ostatnio miałam większe niż zazwyczaj swoje jazdy egzystencjalne, zastanawiałam się nad sensem życia, nad śmiercią, istnieniem w ogólności i w szczególe. 

Dziś jestem już bardziej skłonna niż kiedyś dzielić się zarówno swoimi dążeniem do życia pełną piersią jak i tendencjami z goła przeciwnymi. Wierzę, że brak chęci do czegoś to po prostu motywacja skierowana w inną stronę.
Istnieje popęd tak samo silny jak umiłowanie życia, wszak ponoć każdy proces ma swoje przeciwieństwo. Tanatos - według Zygmunta  Freuda to nieuświadomione dążenie do śmierci. Skoro jest budowanie musi być akt dekonstrukcji, jeśli jest porządek, jest również chaos, a narodziny stoją w opozycji do unicestwienia…
W hinduizmie mowa jest o trzech prawach, czyli siłach natury, zwanych gunami, które opisują zjawiska zachodzące w świecie fizycznym i psychicznym. Pierwsza z nich to Rajas, która symbolizuje wzrost, rozwój, powstawanie, ekspansję i tworzenie. To również pasja, zapał i działanie. Tamas - druga z sił to element odpowiedzialny za rozkład, kurczenie, rozpuszczanie i śmierć. Dzięki tej energii można coś kończyć, dopełniać ale też odpocząć. Ostatnia siła to Sattiva, która utrzymuje równowagę, wprowadza stabilność, symbolizuje też harmonię i mądrość.W każdym momencie istnienia któryś z elementów dominuje, zarówno w naturze, jak i zachowaniu człowieka i co najważniejsze - działa po to, by przywrócić balans i stabilność systemu. Żadna z nich nie jest lepsza czy gorsza od pozostałych, ich współistnienie gwarantuje ciągłość przemian.

A jakoś tak jest w naszej ludzkiej naturze, że bardziej cenimy wszelkie działania zmierzające do kreacji, tworzenia czegoś nowego i organizujące to, co jest niż burzące ustalony porządek. Lubimy gdy przybywa nam mądrości, doświadczenia, wiedzy i dóbr materialnych, a nie cierpmy tracić. Chyba, że zmarszczki i zbędne kilogramy.
Lubię ten wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, taki dekadencki i melancholijny, nawiązuje do pascalowskiej trzciny na wietrze:

"Wszystko umiera ze smutkiem i żałobą,
choć tylko zmianą kształtu jest skonanie,
bo chociaż wszystko zmarłe zmartwychwstanie,
nie zmartwychwstanie nic już nigdy sobą.

Cóż, że w tysiącu kształtów moje ciało,
z tysiąca zmarłych kształtów w jedno zlane,
dawne, jak ziemia dawna, będzie trwało
do końca ziemi?... Ja nie zmartwychwstanę.

Łamiącą myśl jest, że ludzie tak muszą
ginąć, jak ginie zwierzę i roślina;
że to, co we mnie nazywa się duszą,
to jest czująca i myśląca glina...

Zmiana wpisuje się we wszelkie istnienie od samego początku. Unicestwienie jest warunkiem stworzenia, musi być początek by nastał koniec, a każda decyzja to jednoczesne odrzucenie niewybranych opcji. Dla własnego złudnego komfortu zawierzyliśmy iluzji ciągłego wzrostu i rozwoju, przekonaniu, że jest dobrze tylko wtedy, gdy wszystko się układa i pragnieniu by wszelkimi sposobami zabezpieczyć się przed niepomyślnością i zmiennością losu. Uczymy się tak zarządzać swoimi myślami, by generowały „dobre emocje”, a kiedy pojawią się obniżone nastroje stale robimy coś, by je uśmierzyć. Niezmiernie wkurza mnie ta społeczna niezgoda na tzw. „gorsze chwile”, próby natychmiastowego pocieszania i ulżenia w cierpieniu. Irytuje mnie też tabu śmierci, postrzeganie jej jako czegoś złego, kompletnie oderwanego od życia. Nic dziwnego, że się jej obawiamy i staramy za wszelką cenę uniknąć.
Boimy się tego, czego nie znamy.
Człowiek to jedyna istota świadoma swojej śmiertelności, która stara się jakoś odnaleźć wobec tego faktu. Może mu np. zaprzeczać przez kierowanie myśli w odwrotną stronę, odsuwanie od siebie widma własnej śmierci i likwidowanie znamion, które ją zapowiadają (zmarszczek, przemijalności, strat). Może też jeszcze bardziej celebrować istnienia np. tzw. życiem „na maksa”, hedonizmem, koncentracją na teraźniejszości (!). Czasami usilnie poszukuje sensu swego istnienia, który paradoksalnie pomaga oswoić lęk przed końcem. Niekiedy ludzie chcą uzyskać kontrolę nad procesem śmierci nieświadomie go przyspieszając (wszelkie działania autodestrukcyjne jak uzależnienia, pracocholizm, przemęczenie, kiepskie jedzenie, brak snu i odpoczynku, izolacja).

„Śmierć nie jest smutna. Smutne jest to, że większość ludzi tak naprawdę nie żyje.” /Dan Millman/

Nie żyją, bo umarli za życia, pogrzebali własne marzenia, ambicje, prawdziwe potrzeby, emocje i swoje opinie, pożegnali tą cząstkę siebie, która czyni ich niepowtarzalnymi. Niektórzy nie próbowali nawet jej odnaleźć, wydobyć czy rozwinąć, bo nie mieli okazji lub wiedzy, że mogą to zrobić. Tacy ludzie pozwalają życiu, by przedwcześnie w nich zgasło.
Ja wciąż usilnie poszukuję, mam tak odkąd sięgam pamięcią. Szukam siebie, sensu i znaczenia, formułuję odpowiedzi począwszy od celowości swojego życia, a na przyczynie różnych stanów emocjonalnych skończywszy. Kiedy się nie udaje, wówczas odczuwam zagubienie i przygnębienie, zupełnie jakbym traciła poczucie łączności. Czasem już sama nie wiem skąd ma nadejść zrozumienie, czy z mojego wnętrza czy poprzez jakieś wydarzenia i słowa innych ludzi. Paradoks polega na tym, że im silniej zastanawiam się nad znaczeniem tego wszystkiego tym bardziej oddalam się od odpowiedzi, im częściej pytam innych o zdanie tym większą ignorantką siebie czynię. Jak tylko wydaje mi się, że znalazłam adekwatną definicję - już pojawiają się wątpliwości. Bo nie ma odpowiedniego człowieka i nie ma pasujących teorii dających właściwe odpowiedzi na moje pytania. Nie znajdę ich poza sobą, na zewnątrz. Muszę doświadczać, poczuć je w sobie i zasymilować…Jak? Po prostu przeżywając swoje życie. W całości. Ono samo będzie odpowiedzią.

„Życie w pełni jest antidotum na lęk przed śmiercią” /Dan Millman/

Przez większą część życia walczyłam. O siebie, ze sobą, pewnie ze światem i innymi też. Szczególnie wtedy kiedy coś nie szło po mojej myśli lub było przeze mnie odbierane jako zagrożenie. Ta walka uzbroiła mnie w gruby pancerz lęku i potwornie zmęczyła. Nic dziwnego, że może się w końcu odechcieć takiej egzystencji w ciągłej gotowości i napięciu… Zmiana został wymuszona przez kryzysy i uporczywe nawroty obniżonego nastroju, żeby nie powiedzieć depresji czy też niechęci do życia. Im silniej oporowałam, motywowałam się i nakręcałam ku życiu, działaniu i aktywności-z tą większą mocą pojawiała się apatia, zwątpienie i potworne zniechęcenie. Aż w końcu poddałam się. Był to raczej rodzaj zaprzestania walki, zawierzenia, o d d a n i a i zaufania, że to co się dzieje jest dla mnie informacją i jest mi potrzebne.

„Nigdy z nikim i z niczym się nie zmagaj. Gdy jesteś pchany - ciągnij. Gdy jesteś ciągnięty-pchaj. Znajdź naturalny bieg wydarzeń i poddaj mu się.”
/Dan Millman/

Kiedy pojawiła się dogodna przestrzeń na przeżycie tłumionych emocji, na dojście do głosu zaniedbanych potrzeb to zalały mnie one jak  tsunami, które przesłania horyzont i odwraca wszystko do góry nogami. Chaos. Jak ja wtedy pragnęłam ponownie rzucić się w wir obowiązków,  byle tylko czymś zająć udręczone ciało, emocje i umysł. Dobrze, że tego nie zrobiłam bo miałam niepowtarzalną możliwość obserwacji dynamiki wewnętrznych procesów, pozostania z nimi w kontakcie i powstrzymania nawykowych reakcji. Świadomie przełamałam wzorzec zostając w doświadczeniu od początku do końca. Było warto, dla jakości odczuwania która potem przyszła, dla kolejnych dochodzących do głosu uczuć, spostrzeżeń, konkluzji. Jakiś rodzaj przebudzenia lub powrotu z dalekiej podróży do domu w którym jestem oczekiwana z utęsknieniem i otwartymi ramionami *.

 Dla mnie ten kryzys był wewnętrzną eksplozją, nawoływaniem, wstrząsem i potężną lekcją, którą na szczęście do siebie dopuściłam. To było wezwanie do uznania własnej słabości, dbałości o siebie dla siebie samej, a nie po to by być wydajniejszą i skuteczniejszą czy wreszcie "normalną”. Była to też okazja do proszenia o wsparcie i pozwolenia sobie na przyjmowanie. Przyzwolenie na bycie, tak po prostu, nie po coś, nie dla innych. Budzenie się do życia...dla siebie.
Wraz z tym wszystkim pojawiło się pragnienie ekspresji, odsłaniania, dzielenia się sobą bez poświęcenia, raczej z radości i szczerej chęci. I to dotyczyło też mojej ciemnej strony ze słabościami, wkurwami, głupotą, naiwnością i uległością. A co z obawami, jak to przyjmą ludzie? Miałam to gdzieś, uznając, że ja jestem dla siebie ważniejsza niż opinie innych o mnie.
Coś się we mnie przewaliło, otwarło, taka wewnętrzna (r)ewolucja. Przyzwolenie na całą siebie, przyjęcie, objęcie, wewnętrzne przytulenie, tej mnie niedoskonałej, która przeklina, ma problemy i zamyka się czasem na ludzi nie chcąc już więcej dawać. 
Najciekawsze było jednak kiedy zaczęłam objawiać światu dotąd skrywaną część-burzyć swój wizerunek zaradnej i profesjonalnej, zawsze miłej i budzącej zaufanie, rzadko proszącej o pomoc i powściągliwej w okazywaniu emocji. Jakie wielkie dostrzegałam zdziwienie i dysonans wśród osób, które myślały, że psycholog to ze wszystkim sobie radzi i zawsze gotów pomagać ludziom, jakie rozczarowanie wśród tych, którym nigdy nie okazywałam dezaprobaty i jaka ulga wśród bliskich, którzy przyjęli tą moją część ze zrozumieniem i miłością, żeby nie powiedzieć ze słowami: nareszcie :)

„Tworzenie własnej historii może być trudnym zadaniem, ale i tak jest łatwiejsze niż ciągła ucieczka. Uznanie własnej słabości jest ryzykowne, ale mniej niebezpieczne niż wyrzeczenie się miłości, poczucia przynależności i radości – tych doświadczeń, które sprawiają, że jesteśmy bardziej podatni na ciosy. Tylko jeśli wystarczy nam odwagi, by zbadać ciemność, potrafimy odkryć nieskończoną moc światła.” /Brené Brown/

Ja rozumiem śmierć przede wszystkim symbolicznie. Jako przejście, przełom, wrota. Umieramy codziennie, po trochu. Taką małą śmiercią jest sen, orgazm, milisekundy miedzy wdechem i wydechem oraz każda większa czy mniejsza przemiana, strata lub czyjeś odejście. Odwieczny proces transformacji. Czasami dzieje się powoli, czasem gwałtownie przychodząc zgodnie z przeczuciem lub wbrew wszelkim oczekiwaniom. I w zależności jaki mamy stan świadomości w tych momentach przejścia w taki sposób zareagujemy na wezwanie do zmiany i transformacji: obronnie, unikowo, agresywnie czy z akceptacją…Niepotrzebnie na siłę próbujemy to zatrzymać, spowolnić, okiełznać i zniwelować skutki. To koło i tak będzie się toczyć z naszą akceptacją czy też bez niej. Bo tak naprawdę nie boimy się samej śmierci lecz bólu i cierpienia, które ze sobą niesie. Niewiadomego. 

„Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu... Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie”. /Paulo Coelho/

Medytacja Vipassana nauczyła mnie dwóch rzeczy: rezygnacji z wartościowania doznań i uświadomienia natury przemijalności. Niepotrzebnie nadmiernie koncentrujemy się na odczuwanej przyjemności, bo kiedy się skończy lub przeradza w coś niemiłego, czujemy cierpienie… Przywiązujemy się do ewolucyjnego mechanizmu dążenia do przyjemności i unikania bólu. Ta strategia umożliwia przetrwanie ale niekoniecznie rozwój. A śmierć to po prostu jeden z procesów wpisany w życie, rodzaj przechodzenia rozumiany dosłownie lub symbolicznie jako utrata i pożegnanie jakiejś części nas, konieczność przewartościowania, przełomu, przebudowy stanu obecnego na rzecz nowej jakości.
Śmierć przypomina nam o wartości życia. Jest siłą sprawiedliwą bo dosięgnie każdego. Czasami jej widmo pozwala poczuć życie bardziej, intensywniej, przypomina o tym, co najważniejsze.  
Iwan Iljicz, małoduszny biurokrata z noweli Lwa Tołstoja, u samego kresu życia, już w agonii doznaje wglądu: zdaje sobie sprawę, że umiera tak źle jak źle żył. Pod wpływem tego odkrycia doświadcza głębokiej przemiany i w efekcie ostatnie dni jego życia pełne są spokoju i sensu, jakich nigdy wcześniej nie zaznał. Wiele innych wielkich dzieł literackich niesie podobny przekaz.W Wojnie i pokoju (Lew Tołstoj), jeden z bohaterów, Pierre, zmienił się zupełnie po tym, jak w ostatniej chwili, ułaskawiony, uszedł spod luf plutonu egzekucyjnego. W ciągu tych paru minut przeżył każdą chwilę z taką intensywnością i uwagą jakich nie doświadczył przez całe swoje życie. Scro-oge'a z Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa bożonarodzeniowa radość nie zmienia nagle w nowego człowieka; do przemiany dochodzi dopiero, gdy duch przyszłych świąt pozwala mu obejrzeć własną śmierć i sprzeczających się o jego dobytek obcych ludzi. Przekaz zawarty we wszystkich tych dziełach jest prosty i głęboki: chociaż śmierć niszczy nas fizycznie, myśl o śmierci może nas zbawić.

Pracujący z grupami pacjentów chorych na raka, terminalnie chorymi Irvin Yalom widział wielu, którzy w obliczu śmierci doznawali ważnej i pozytywnej osobistej przemiany; czuli, że się stali mądrzejsi; zmieniali swoją hierarchię wartości i przestawali się przejmować rzeczami mało ważnymi. Jakby rak uleczył nerwicę: fobie i obezwładniające interpersonalne zmartwienia zdawały się topnieć. Ci ludzie, chętnie dzielili się tym, czego się dowiedzieli. „Co za szkoda - słyszał często żalących się pacjentów - że musieliśmy czekać, aż rak stoczy nasze ciała, by się nauczyć żyć".

Martin Heidegger mówił o dwóch sposobach istnienia: codziennym i ontologicznym. Gdy żyjemy sposobem codziennym, pochłania nas i rozprasza materialne otoczenie - przepełnia nas zachwyt tym, jak rzeczy są w świecie. Gdy żyjemy sposobem ontologicznym, koncentrujemy się na byciu jako takim - przepełnia nas zachwyt tym, że rzeczy są w świecie. Żyjąc sposobem ontologicznym - poza obszarem codziennych trosk - jesteśmy w stanie szczególnej gotowości do osobistej zmiany.

Jak  przechodzimy od sposobu codziennego do ontologicznego? Filozofowie mówią często o „doświadczeniach granicznych" - niespodziewanych wydarzeniach, które wyrzucają nas z „codzienności" i przykuwają uwagę do „bycia" samego w sobie. To może być jakaś dotkliwa strata, gwałtowna przemiana, czyjeś odejście, problemy zdrowotne, finansowe... Najpotężniejszym jednak doświadczeniem granicznym jest  konfrontacja z własną śmiercią.

Mając jej świadomość:

„Nie pytaj, czego świat potrzebuje. Pytaj o to, co sprawia, że chce ci się żyć i właśnie ty się zajmuj. Bo świat przede wszystkim potrzebuje ludzi, którym chce się żyć”. /Howard Thurman/

- Wyobraź sobie, że masz przed sobą ostatnią godzinę życia. Jak spędził/abyś te cenne, ostatnie 60 minut?
- W jaki sposób myślisz o śmierci, co ta myśl w Tobie powoduje, jakie inne myśli, uczucia, działania?
- Co czyni Cię w pełni żywym?
- Kiedy czujesz, że chce Ci się żyć?
- Co zabija w Tobie życie?
- Co w sobie pogrzebała/eś?
- Które doświadczenia były dla Ciebie graniczne?
- Co w Tobie rwie się do życia?
- Co byś zrobił/a gdybyś się dowiedział/a, że jutro umrzesz?


INSPIRACJE
Brené Brown: Dary niedoskonałości 
Charles Dickens: Opowieść wigilijna
Colin P. Sisson: Podróż w głąb siebie
Dan Millman: Droga miłującego pokój wojownika
Martin Heidegger: Bycie i czas 
Irvin Yalom: Dar terapii 
Lew Tołstoj: Wojna i pokój
Lew Tołstoj: Śmierć Iwana Iljicza
Paulo Coelho: Zahir
Zygmunt Freud: Kultura jako źródło cierpień

http://www.psychologia-spoleczna.pl/kulbat/1363-jak-zyc-zeby-nie-zalowac.html 

*Nie polecam próbować tego samemu w domu ;-) Lepiej zapewnić sobie profesjonalne wsparcie: przyjaciela, psychologa, terapeuty czy psychiatry